Historia: Kto poda nocnik, kto wykarmi dzieci
Muzeum Zamoyskich w Kozłówce zorganizowało V sesję naukową z cyklu Ziemiaństwo na Lubelszczyźnie. Tematem obecnej jest „Praca i życie codzienne w majątku ziemiańskim".
Każdy z dworów, pałaców był swego rodzaju enklawą, ale przecież niektóre zasady i obyczaje były wspólne wszystkim. Zmieniały się na przestrzeni wieków gdzieś prędzej, gdzieś powoli, jednak na przestrzeni dłuższego czasu były niezmienne. Dwór i pałac były uzależnione od pracowników i służby, jaką w nich zatrudniano.
Hierarchia służby
– Można powiedzieć, że dworskie kadry również składały się z różnych warstw – wyjaśnia Karolina Wilkowicz z Muzeum Zamoyskich w Kozłówce. – Możemy to stwierdzić choćby studiując „Księgę służby pałacowej" założoną i prowadzoną przez hrabiego Konstantego Zamoyskiego, który był wręcz do przesady skrupulatny. Zanotował w niej m.in., że kamerdyner otrzymywał miesięcznie 25 rubli srebrnych, kuchmistrz 12,5 rubla, a chłopak kredensowy „zaledwie" 1,50 rubla.
Oczywiście, to też było dużo, ale można powiedzieć, że między tymi pracownikami była przepaść.
Co prawda, kamerdyner był swego rodzaju towarzyszem hrabiego. Miał się nim nie tylko opiekować, lecz także dostarczać rozrywek, zabawiać rozmową. Państwo – nie tylko Zamoyscy – byli otoczeni służbą na każdym kroku. We wspomnieniach Zygmunta Kamińskiego z lat 1910–1914 czytamy: „do stołu usługiwało 2 lokai w liberii, a przy bufecie stał nieruchomo i czuwał nad sprawnością usługi i ceremoniałem starszy kamerdyner w czarnym fraku".
W hierarchii służbowej Kozłówki bardzo wysoko stali pracownicy leśni. Każdy z nich otrzymywał mieszkanie w leśniczówce lub gajówce, ziemię orną i łąki, miał bezpłatne leczenie, opał, liczne gratyfikacje, ubranie na lato i zimę, kożuch co 3 lata i, oczywiście, pensję.
– Był swoisty podział obowiązków – wyjaśnia Karolina Wilkowicz. – Chłopiec kredensowy czyścił rondle, lokaj doglądał hrabiego – nawet spał w pomieszczeniu obok jego sypialni.
Wszechobecna służba
W sumie, można powiedzieć, że państwo byli uzależnieni od swojej służby. – Kobieta nie była w stanie sama się ubrać i uczesać – wyjaśnia dr Anna Pachocka z działu Zbiorów Specjalnych Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej im. H. Łopacińskiego w Lublinie. – Włożenie gorsetu i uczesanie odpowiedniej koafiury wymagało pomocy. Kobietom pomagały pokojówki, ale z czasem przestrzegano, żeby tych młodych nie zostawiać w towarzystwie mężów, bo stają się brzemienne...
Służba w dworze i pałacu była nie tylko niezbędna, lecz i wszechobecna.
Kuchenne plotki
– Trudno było o intymność, tym bardziej że w dworach i pałacach były pomieszczenia amfiladowe – korytarze pojawiły się dopiero w XIX wieku, a więc dość późno. Poza tym, przygotowanie i pomoc w kąpieli, podanie i opróżnienie nocnika, napalenie w kominkach czy piecach należało do obowiązków służby. Praktycznie o każdej porze do pokoju mógł ktoś ze służby wejść. Często służące spały w pokoju pani. Jak wyglądało życie małżeńskie? O tym się nie mówi. Służba starała się być „niewidzialna" i tak też często ją traktowano, ale wiele sytuacji intymnych takimi przestały być.
Oczywiście, plotki kuchenne na pewno były. Często słuchały ich dzieci, które przebywały w pomieszczeniach służby i później, po latach, wspominały w pamiętnikach jako anegdoty.
Czas dla dzieci
– W czasach Adama Zamoyskiego II ordynata na Kozłówce (przełom XIX i XX wieku) dzieci mieszkały w oficynie pałacowej z niańkami – mówi Karolina Wilkowicz. – Zatrudniano też guwernantki.
– Wychowanie dzieci zależało od rodziców – dodaje Anna Pachocka. – Dopiero w XIX wieku zaczęto podkreślać ich rolę i znaczenie dla rozwoju dziecka, ale niektórzy, jak choćby Aleksander Fredro, mieli bliski kontakt z potomstwem. Jednak często od urodzenia dzieckiem zajmowała się mamka, później niańki, wreszcie nauczyciele, guwernerzy. Uznawano, że jeśli dziecku zapewnia się dobrą opiekę, to wystarczy.
Zresztą rodzice „z pałacu" nie mieli specjalnie czasu dla dzieci. Nie pozwalały im na to liczne obowiązki towarzyskie, zagraniczne podróże czy nawet wyjazdy służbowe albo do rodzin w odwiedziny trwające nieraz pół roku. Życie towarzyskie rodziców wymagało swobody.
– Bywało tak, że dzieci bardziej przywiązywały się do niańki niż do rodziców – przyznaje dr Pachocka. – Później były one przez swoich wychowanków uposażane, a nawet często powierzali im już swoje dzieci. Można jednak zaryzykować, że im bogatszy dwór, tym większa separacja rodziców od dzieci.
Szansa na przyszłość
Przez wiele lat mówiło się nam o wyzysku służby przez panów. Jak było?
– Swego czasu zbieraliśmy relacje tych, którzy służyli u Zamoyskich albo ich potomków – mówi Karolina Wilkowicz. – Można śmiało powiedzieć, że to była duża szansa dla ludzi z okolicznych wsi, jeśli dostali się do pracy w dworze.
Do dziś w wielu takich okolicach istnieje podział na dworskich i czworakowych, choć dworów w tamtym rozumieniu już nie ma.
– Uposażenie służby było dobre, często właściciele majątku, jak w Kozłówce, budowali domy opieki, ochronki, dbali o tych mieszkańców wsi czy swoich pracowników, którzy zachorowali. Kucharz z Kozłówki został wysłany przez hrabiego do Francji, gdzie uczył się języka i szkolił, później otworzył własną restaurację w Warszawie – opowiada Karolina Wilkowicz. – Tak więc dla wielu była to życiowa szansa.
Podczas sesji naukowej „Praca i życie codzienne w majątku ziemiańskim" zostanie wygłoszonych ok. 40 referatów o tej tematyce przez uczestników z ośrodków naukowych, bibliotek, placówek kultury z całego kraju.































Kontakt: