drukuj

W DWADZIEŚCIA LAT PÓŹNIEJ…

Lubartowski szpital

Na razie szpital chwali się „bezbólowym certyfikatem”. Myślę, że społeczeństwo byłoby bardziej zadowolone, gdyby skrócono kolejki do specjalistów oraz na EKG, USG itp

Być może, że tytuł wprowadzi kogoś w błąd, że jest to recenzja II części trylogii Aleksandra Dumasa. Nic podobnego. Chodzi bowiem o to, by przypomnieć lubartowskiemu społeczeństwu, jak miało być pięknie, a jak jest obecnie, a szczególnie w służbie zdrowia.

Być może, że tytuł wprowadzi kogoś w błąd, że jest to recenzja II części trylogii Aleksandra Dumasa. Nic podobnego. Chodzi bowiem o to, by przypomnieć lubartowskiemu społeczeństwu, jak miało być pięknie, a jak jest obecnie, a szczególnie w służbie zdrowia. Za poprzedniego ustroju wmawiano nam, że „człowiek jest największym skarbem socjalizmu”, natomiast „największym skarbem człowieka jest jego zdrowie”. Człowiek jest świętością i nie należy go krzywdzić – tak mawiał i pisał Stefan Żeromski.

W świetle tych wypowiedzi należałoby zadać pytanie – czym jest człowiek na obecnym etapie naszej demokracji i jaką stanowi dla niej wartość?

Tego nam jeszcze nie powiedziano, więc należy domyślać się, że jest tylko podmiotem płacącym podatki. Obiecywano nam „godne pobory i emerytury oraz pracę nie na kolanach”.

W zamian, na starcie transformacji zafundowano nam 3 milionowe bezrobocie – czyli po prostu oszukano. Ponadto nikt nie ma zamiaru wyjaśnić, dlaczego stało się tak jak się stało. Zwalanie całej winy na PRL to powtarzany od lat temat zastępczy i należy włożyć go między bajki.

Wielokrotnie zwracałem się z zapytaniem, dlaczego za poprzedniego ustroju ciurkiem informowano społeczeństwo, że w ilości personelu lekarskiego, pielęgniarskiego i innych zawodów służby zdrowia w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców doganiamy zachód. Jak się okazuje zachodu nie dogoniliśmy, a personel medyczny jest obecnie zbyt liczny. Czyżby opieka zdrowotna wypadła z orbity zainteresowań polityków? Leży przede mną tabela przedstawiająca wzrost zatrudnienia w lubartowskiej służbie zdrowia. I tak w skrócie: lekarzy w 1950r. było 8, natomiast w 1985 już 133. Stomatologów w 1950r. – 1, w 1985 – 19. Pielęgniarek w 1950r. – 12, natomiast w 1985 już 402. Wzrost zatrudnienia raczej imponujący. Teraz tego personelu jest za dużo.

Okazuje się, że nasz personel medyczny jest bardziej pożądany za granicami kraju, w państwach, które ciągle doganialiśmy.

Na spotkaniu z posłem PIS (chyba w lipcu 2010r.) w sprawie eksmisji przez starostwo dwóch Niepublicznych Zakładów Opieki Zdrowotnej, zadałem to pytanie, ale odpowiedzi nie otrzymałem. Kiedyś na terenie naszego powiatu rozbudowywano intensywnie sieć placówek służby zdrowia. W 1985r. mieliśmy 8 ośrodków zdrowia podlegających pod PZGS (Powiatowy Związek Gminnych Spółdzielni), 8 ośrodków zdrowia podlegających pod wydział zdrowia, piękną przychodnię, pogotowie ratunkowe, nowoczesny szpital międzyzakładową przychodnię przemysłową i zakładową przychodnię przy zakładach „Kasprzaka”.

Szczególny wkład w realizację tego osiągnięcia mieli: długoletni Kierownik Wydziału Zdrowia – dr Krzysztof Głowacki oraz prezes PZGS-u w Lubartowie – Kazimierz Szwargoliński. O nich i ich zasługach obecnie całkowicie zapomniano. Dziwna jest obecna polityka w stosunku do służby zdrowia. Od transformacji minęło 20 lat, a służba zdrowia kurczy się z roku na rok, tak pod względem personelu jak i obiektów. Szpitale są zadłużone po uszy, ale to nie jest wina tylko źle gospodarujących dyrektorów.

To jest celowa, długofalowa działalność rządzących. Może chodzi o to, by udowodnić społeczeństwu, że tylko prywatyzacja może uratować służbę zdrowia?

Dla ułatwienia tegoż zadania, zniesiono wydziały zdrowia powiatowe, miejskie i wojewódzkie, dając dyrektorom i samorządom „carte blanch” w kierunku realizacji słynnego swego czasu hasła „róbta co chceta”. Jak nie ma kota, to myszy harcują.

Usiłuje się udowodnić, nie tylko służbie zdrowia, ale również całemu społeczeństwu, że nie liczy się dobro człowieka, pacjenta, ale liczy się tylko i wyłącznie interes rządzących – czyli „szmal”. Do tego należałoby dodać lobby lekarzy, w imię humanistycznego hasła – „Salus populi suprema lex” (dobro ludu najwyższym prawem) i mamy wyjaśnienie dlaczego kurczy się lubartowska służba zdrowia. Na początek zlikwidowano międzyzakładową i zakładową przychodnię przemysłową (jeżeli wcześniej zlikwidowano lubartowski przemysł – to po co przychodnia?).

Potem sprzedano, pokropiony przez śp. ks. Tokarzewskiego, oddział dializ. Pozbyto się centralnego laboratorium w szpitalu. Kiedyś myślano jak skrócić osobom starszym i chorym drogę do lekarza, obecnie oddano starostwu piękny 3-kondygnacyjny budynek przychodni obwodowej, zlokalizowany w centrum miasta.

W myśl galopującej prywatyzacji powstały w zlikwidowanej przychodni dwa niepubliczne zakłady opieki zdrowotnej, sprawujące opiekę nad ponad 10 tys. pacjentów.

Zakłady te dostały wypowiedzenia najmu lokali, ponieważ monstrualnie rozbudowana administracja starostwa nie ma się gdzie pomieścić. Posunięcie to pozwoliło społeczeństwu wreszcie zrozumieć, że dobro pacjenta liczyło się w 1964r. kiedy budowano przychodnię, obecnie liczy się tylko interes. Wobec takiej sytuacji społeczeństwo zaprotestowało i eksmisja została wstrzymana na rok.

Przyczyną decyzji wstrzymania, nie było dobro pacjenta, a raczej zbliżające się wybory anno 2010.
Obecnie szpital, po długich oczekiwaniach i przepychankach zakupił tomograf komputerowy. Cieszą się wszyscy – ja również. Ale nie ma róży bez kolców. W zamian zlikwidowano pracownię rtg w tak potrzebnym dla prewencji oddziale jakim jest oddział gruźlicy i chorób płuc. Chorych pacjentów na prześwietlenie dowozi się do oddalonego o 2 km szpitala, gdzie stykają się z pacjentami z innych oddziałów – w tym dzieci i noworodki, a także z pacjentami ambulatoryjnymi.

Ciekawe jakie jest w tej sprawie stanowisko Państwowej Inspekcji Sanitarnej, która wg ustawy z dnia 14 marca 1985 r. (Dz. Ust. 122/2006 poz.851, art. 1) powołana została „w celu ochrony zdrowia ludzkiego przed niekorzystnym wpływem szkodliwości i uciążliwości środowiskowych, zapobiegania powstawaniu chorób, w tym chorób zakaźnych i zawodowych”? Na razie szpital chwali się „bezbólowym certyfikatem”. Myślę, że społeczeństwo byłoby bardziej zadowolone, gdyby skrócono kolejki do specjalistów oraz na EKG, USG itp.
Dziewczyna z Kamionki dostaje skierowanie na USG jamy brzusznej z powodu odczuwalnego bólu. USG może być wykonane dopiero za miesiąc. Nie mając wyjścia idzie do gabinetu prywatnego, gdzie wykonuje USG bez kolejki ale za 50 zł.

Rozmawiam z kolegą, który ma zaklepaną kolejkę na zabieg ortopedyczny za 6 miesięcy. Pytam dlaczego tak długo. Odpowiada mi „chłopie, to i tak po znajomości”… inni czekają po 2-3 lata.

Kiedyś służba zdrowia była jedną wielką rodziną, wszyscy wszystkim byli życzliwi. Były spotkania w klubie „Pod Wirusem”, szkolenia, narady. Ba- były nawet wybory dyrektora przez ogół pracowników, a było to 26.05.1981r. Był „Dzień Pracownika Służby Zdrowia”, o którym nikt obecnie nie pamięta, były dyplomy, nagrody, wyróżnienia, odznaczenia. Ale wtedy służba zdrowia miała uznanie, tak u władz, jak i społeczeństwa. A dzisiaj? Dzisiaj działa pluralizm związkowy. Kiedyś był jeden związek pracowników służby zdrowia, który był silny, miał fundusze nawet na działalność kulturalną. Dziś mamy kilka związków i każdy biedny jak mysz kościelna, oczywiście za wyjątkiem zrzeszonych w Izbie Lekarskiej.

Każdy z nich dba tylko o swoich członków. Nie potrafią się zjednoczyć w walce o wspólne dobro pracowników. Zapominają, że praca w szpitalu to zespół terapeutyczny, w skład którego wchodzi lekarz, pielęgniarka i technik medyczny. To jak łańcuch, którego ogniwa łączą się tworząc silną całość. Jeśli każdy z tych zawodów dopomina się tylko o swoje prawa, zapominając o pozostałych, to te ogniwa łańcucha słabną i rozrywają się. Dochodzi do niesnasek, spychania odpowiedzialności jednych na drugich i braku współpracy. A cierpią na tym Bogu ducha winni pacjenci. Kto wymyślił ten pluralizm związkowy i dlaczego pracownicy służby zdrowia dali się na to nabrać?

Kiedyś dbano o emerytów służby zdrowia, przy każdej nadarzającej się okazji. Dziś zostali wyrzuceni za burtę, nikt się nimi nie interesuje.

Inna sytuacja jest w ZNP. Tam branżowy związek trzyma się mocno, choć też mogliby podzielić się na związki wg profesji. Pamiętają o swoich członkach, o emerytach, mają godnie obchodzony „Dzień Edukacji”, tylko im pozazdrościć.

Dla podkreślenia przysłowia, że nigdy nie jest tak źle, żeby gorzej być nie mogło, Dziennik Wschodni podał w nr 207 z 22.10.2010r. informację o wydarzeniach w szpitalu biłgorajskim. Tam zlikwidowano poradnię przeciwgruźliczą. Cieszymy się – u nas nie jest aż tak źle, ale u nas też są ciągoty w kierunku likwidacji oddziału gruźlicy i chorób płuc. Przyszłość przed służbą zdrowia w Lubartowie jest wielką niewiadomą. Martwią się pacjenci, którym coraz trudniej dostać się do specjalistów, martwi się personel służby zdrowia, ciągle straszony zwolnieniami, tylko władza samorządowa ma się dobrze. Oni zawsze będą przyjęci poza kolejnością – przecież są VIP-ami, nie będą musieli leczyć się prywatnie, mimo że ich na to stać.

Teleexpress 08.10.2010r. poinformował nas, że co 5-ty Polak żyje w biedzie. Czy ktoś zastanowił się co z nimi? Za co oni mają się leczyć?

Natomiast Joanna Machajeska na łamach „Wspólnoty” z dnia 26.10.2010r. nr 43 poinformowała społeczeństwo Ziemi Lubartowskiej w liście do redakcji pt. „Koszmar w szpitalu”, że „szpital bez bólu” to zwyczajny „pic na wodę”. W 2010r. minęło 85 lat od powstania Lubartowskiej Służby Zdrowia, a jej ojcem chrzestnym był dr Antoni Kalist Górnicki. Te daty przechodzą bez echa, tak jak emeryci służby zdrowia po ulicach Lubartowa. Gdyby daty te dopasować do powstania samorządów lub jakiegoś „rejonu dróg”, to byłby bal i feta na 24 fajerki.

Służba zdrowia jest zapomniana i zaniedbana jeśli chodzi o akcent humanistyczny. Pani Minister Zdrowia bez przerwy informuje via telewizja o konieczności przekształcenia publicznych szpitali w spółki handlowe, ale przysięgam na pamięć dr Marcina Kacprzaka, nestora polskiej higieny, że nie jest zorientowana w tym, co dzieje się na parterze służby zdrowia. Dnia 17.10.2010r. zafundowano Lubartowskiej Służbie Zdrowia spotkanie w pałacu starostwa z śp. abp. Józefem Życińskim. Pomyślałem sobie, że nareszcie ktoś zajął się dolą pracowników. Niestety myliłem się. Jedynym tematem wiodącym był temat „in vitro”…

Zamiast uszczęśliwiania obiecankami z 1981r., jesteśmy, jak za PRL, uszczęśliwiani na siłę prywatyzacją służby zdrowia. Kiedyś to był resort-monolit, a teraz???

Janusz Cyfrowicz
emeryt – 52 lata pracy na różnych stanowiskach w służbie zdrowia

P.S. Wykorzystania tego materiału odmówiła miejscowa prasa.

Zdjęcia

  • Lubartowski szpital

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze
mieszkaniec
mieszkaniec wt., 2011-12-13 16:15

Piękny tekst, piękne tezy,

Piękny tekst, piękne tezy, tylko wnioski trochę nie z tych czasów.
Ta służba zdrowia, o której pan pisze, ma się jak słychać nieźle i  na pewno niewielu, którym się zaczęło dobrze powodzić, chciało by powrotu do dawnej "równości" wg pańskiego pomysłu. Nie potrzebne im też żadne medale lub wyróżnienia. Raczej opłacalny, dobrze wyposażony, oddzialik w dzierżawie za przysłowiową złotówkę.

Bo co tu gadać o solidarności zawodowej skoro jedna grupa zawodowa po cichu dostaje czego zażąda a na pozostałych ciągle się oszczędza głośno oskarżając o nierealne, wygórowane żądania. Podobno od 2010 roku wydatki na wynagrodzenia lekarzy w naszym szpitalu wzrosły o 2 mln zł. A przeciętna stawka za godzinę lekarskiego dyżuru, w lubartowskim szpitalu to ok. 45zł i ostro jest negocjowana do 60 zł. na przyszły rok. Za te pieniądze, jak za pańskich czasów, spokojnie się śpi w nocy. A koperty jak krążyły tak krążą.

Więc skoro dziś już nie trzeba ścielić łóżek doktorom na noc a rodziny są przyzwyczajone do obowiązku karmienia i mycia chorego w szpitalu to rzeczywiście można zwalniać pielęgniarki.

To samo tyczy się NZOZów, nad którymi tak pan lamentuje. Działają jak dobrze naoliwione maszynki do zarabiania pieniędzy. Im rzadziej do nich zaglądamy tym większa radość właścicieli. A jak już tam pójdziemy, to przekonanie pani doktor o potrzebie jakichś badań albo skierowania do specjalisty jest nie lada sztuką. Najchętniej leczyła by nas sama pigułkami z zaprzyjaźnionej apteki, a jak już się nie da to kieruje do publicznego szpitala, żeby to tam przeprowadzili kosztowne leczenie.