Zabójca? To nie ja
- Czy nie myślał pan w areszcie co się wówczas stało: była żona została znaleziona na ulicy w kałuży krwi, z czterema ranami – dopytywał mężczyznę prokurator Modest Rubach.
- Nie potrafię sobie przypomnieć, skoro leżała to musiało się tam coś stać, nie pamiętam, żebym coś takiego zrobił – wpierał Jan Ch.
Zofia Ch. została zamordowana 22 lipca ub. roku. W biały dzień, w niemal na ulicy prowadzącej do centrum Ostrowa Lubelskiego, zabójca najechał na nią samochodem, potem zadał cztery ciosy ostrym narzędziem. Policja szybko zorientowała się, że związek ze zbrodnią ma Jan Ch., były mąż kobiety. Mężczyzna ukrywał się z synem w lesie. Wpadł w obławie. Przy jego zatrzymaniu policjanci użyli broni.
Na pierwszej rozprawie przed Sądem Okręgowym w Lublinie, oskarżony o zabójstwo mężczyzna twierdził, że byłej żony nie zabił. Pytany o to co zaszło 22 lipca ub. roku najczęściej odpowiadał „nie pamiętam".
Tamtego dnia mężczyzna otrzymał pismo od opieki społecznej i komornika, że byłej żonie nie płaci alimentów. Bardzo to go zdenerwowało, bo jak utrzymuje, całą kwotę przesłał pocztą. Byłą żonę zobaczył na ulicy. Jechał swoim vw polo. Obok niego siedział jego syn.
- Nie zaczepiłem jej samochodem, chciałem z nią pogadać, staliśmy po dwóch stronach samochodu, jak ją ostatni raz widziałem to odskoczyła i pobiegła, nie uderzyłem jej – wpierał.
- Co się stało żonie? – zapytała sędzia Alicja Buczyńska.
- Wiem, że nie żyje, została pewnie pobita, nie wiem przez kogo – odpowiedział Jan Ch.
To jak zginęła Zofia Ch. widział mężczyzna, który siedział w aucie zaparkowanym około 100 metrów od miejsca zbrodni.
- Usłyszałem odgłos tłuczonego szkła, zobaczyłem, że obok vw polo leży człowiek – opowiadał wczoraj w sądzie. – Ta kobieta wstała i zaczęła uciekać. Kierowca ją dogonił, złapał i zadał ciosy, ale było za daleko, żeby zobaczyć czy miał w ręku jakieś narzędzie.
Z powodu odległości świadek zabójstwa nie dostrzegł też jak wyglądał zabójca.
Janowi Ch. grozi dożywocie.


























Kontakt: