drukuj

Furmanka za woźnicą

W sobotni poranek, jak zwykle wlokę się za Szanowną Połowicą, wchodząc do mościbrodzkiej jatki z płócienną torbą. Chociaż nie, sformułowanie „wlokę się" jest nazbyt dekadenckie – powinno być: „ochoczo, choć bez zewnętrznych oznak radości, kroczę za Szanowną Połowicą".

Przyznam się bez bicia, że czekam na te sobotnie, targowe poranki. Werbalnie protestuję, kopię się pod kołdrą, przeciągam i zgrzytam protezą (lepiej by brzmiało: zębami:)), ale, koniec końców, melduję się pierwszy pod wyjściowymi drzwiami z naręczem toreb.

Sam zastanawiam się – dlaczego? Przecież to takie niemęskie. Prawda jest chyba prostsza, niż się wydaje. Mam po prostu dosyć samczego tokowania na codzień. Presji zwyciężania, potwierdzania dominacji i i przynoszenia skalpów. Chcę być kierowany, sterowany, dyktowany, manipulowany. Pragnę być bezbronny i wykorzystywany. Gotowym nosić, dźwigać, ustępować i przepuszczać. Testosteron przerabiać na estrogen:).

Oczywiście nie każdy może zakładać mi kantar. Warunek - to zaufanie. Na szczęście, albo na nieszczęście, owy masochizm ma charakter wyłącznie weekendowy. W poniedziałek melduję się w pracy, niczym sprinter w blokach startowych, naładowany, przepojony, dyszący, napięty i wyprężony. Rzekłbym – przyczajony tygrys, ukryty smok:).

Wróćmy do wspomnianego poranka: stoję w sklepie w niejakim oddaleniu za Najmileńszą Małżonką, zdominowany i zadowolony uległością, gdy w drzwiach spostrzegam kolegę, który z uśmiechem na twarzy, godnym Pakosińskiej z kabaretu Moralnego Niepokoju, wkracza do środka:

- Cześć, coś taki zadowolony jakby teściowa wyjechała – zaczynam na rozgrzewkę prowincjonalnym dowcipasem.

- Jeśli już, to bardziej się cieszę, gdy nie przyjeżdża – kolega nawiązuje do mojego oklepanego frazesu. – A tak naprawdę, to spotkałem przed sklepem fajne młode sąsiadki – tłumaczy się mimochodem.

- I to jest powód do radości? W naszej sytuacji? – przeciągam sylaby niczym kalesony przez grube łydki – przecież w naszym wieku rozmowa z młódkami wymusza refleksję nad przemijaniem, oświetla koniec – chyba chcę być na siłę oryginalny i oczytany:).

- Eee, nie – kolega nie daje się zbić z pantałyku – kilka zdań z dziewczynami nikomu jeszcze nie zaszkodziło – kolega jest pojednawczy. – Ale, ale, jak tam z twoim kolanem? – pyta z nieudawanym ożywieniem.

- Widzę, że moja gubałowska przygoda stała się sławna wśród znajomych –staram się bagatelizować zakopiański incydent – ortopeda orzekł, że będę żył i że będę mógł jeszcze po Bożemu – kończę udając znudzenie tematem:).

- Próbować – kolega wchodzi w słowo, podważając moje kompetencje:). – No, ja też miałem przygodę. W lecie szarpnąłem się na budowę budynku gospodarczego i do dzisiaj mam kłopoty z barkiem – uczynił wymowny gest, żeby potwierdzić kontuzję. Tak naprawdę czułem jednak, że dobrodusznie rzuca mi koło ratunkowe:).

- Z drugiej strony to dobrze, świadczy bowiem, że żyjemy i że nie marnujemy czasu. W naszej sytuacji ból jest dowodem aktywności i przewagi kreacji nad biernością – chcąc nie chcąc czuję, że powtarzam slogany:).

- Daj torbę, idziemy – Szanowna Połowica pozbawia mnie rozkoszy dalszej konwersacji na niebywałym poziomie, objuczając szpondrem na rosołek i żeberkami do tłuściutkiego sosiku. Bez protestu, rozluźniony wytaczam się ze sklepu niczym furmanka za woźnicą:). Nie dość, że „za", to jeszcze i „pod":). 

Mam ileś tam lat i na tyle doświadczeń, by na niektóre sprawy reagować pobłażliwe, na inne zaś bez zbędnej zwłoki.
Gregor
Autor:Gregor

Zaloguj się lub utwórz konto, by oceniać

Komentarze Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać