Niepoważnie na poważnie
Siedzę na kanapie z tygodnikiem „Uważam Rze" w dłoniach, zerkając przy tym mimochodem na telewizyjny National Geographic. Ten sielski obrazek, godny uwiecznienia co najmniej przez Petera Bruegla, zostaje zmącony, a czymże by inaczej, lajlowskim sygnałem dźwiękowym znienawidzonej i niezbędnej do życia komórki:
- Cześć inżynierze, skoczymy na piwo? – retoryczne pytanie kolegi zawierało jednocześnie dwa komunikaty: pierwszy - inżynier, więc kiep i drugi – masz coś, co można traktować jak napis na dropsach:).
- Proponuję za pół godziny na stacji BP – odpowiedziałem w sposób zaskakująco akceptujący. Po przejściu niezbędnych uzgodnień z Szanowną Połowicą, popartych niezawodnym trikiem z potrzebą wyniesienia śmieci, siedzimy w ławach wspomnianego lokalu. Kolega sączy piwo, ja – czarną herbatę z cytryną.
- Kto płaci – kończę atmosferę przyjaźni i zakłamania, pomny niedawnego okresu, w którym za długo przebywałem z jednym takim, co to wyciągał mnie na piwo, a ja potem wyciągałem ostatnie zaskórniaki:).
- Jakoś się dogadamy – kolega podejrzanie unika mego sokolego wzroku:).
- To znaczy: ty będziesz gadał a ja będę płacił. Co to, to nie, zgadzam się – poddaję się znienacka bez walki:).
- Pomówmy o czymś innym, przestań się zgrywać – kolega nabrał wiatru w żagle – Wiesz, zastanawiam się, dlaczego tak ochoczo atakujesz tę lubartowską władzę, a jednocześnie unikasz personalnej krytyki Burmistrza Bodziackiego. To przecież synonim tej władzy. Taka sprzeczność w twojej postawie jest jakby schizofreniczna i intelektualnie nieuczciwa – kolega punktował mnie bezlitośnie, niczym psychoanalityk wysokopłatnego pacjenta na kozetce.
- Coś w tym jest, ale nie to co myślisz. Sugerujesz jakąś obłudę albo oportunizm? – próbowałem sondować rozmówcę, bo rzeczywiście mnie zaskoczył.
- Aż tak to nie, ale faktycznie widzę tu jakiś fałsz – kolega nie rzucił mi, niestety, koła ratunkowego.
- To nie żadna kalkulacja. Chodzi chyba o to, że prawdopodobnie tego Burmistrza nie utożsamiam z żadną sprawą, z żadną kwestią , co do której mam wyraźny negatywny albo pozytywny pogląd. Generalnie, nie potrafię mu nadać cechy, którą popieram, albo odrzucam – nieporadnie starałem się zbudować tezę, która mogłaby trzymać się kupy:).
- Chcesz powiedzieć, że gość nie ma właściwości? A to ci dopiero – kolega zarechotał przekornie. Nie wiedziałem - ze mnie, czy ze swoich myśli:).
- Nie będę tego komentował – wymigałem się od oceny ad personam –ale w pewnym sensie uważam go za celebrytę samorządowego. Facet od kilkudziesięciu lat sprawuje wysokie funkcje samorządowe, które z jednej strony dały mu samorządowy sznyt, ale z drugiej – pozbawiły możliwości, moim zdaniem, wyspecjalizowania się w czymś konkretnym – moje tezy zaczynały nabierać enigmatycznego, bo enigmatycznego, ale jednak kształtu:).
- Twierdzisz, że zna się wszystkim, czyli na niczym – kolega wciąż usiłował wsadzić mnie na minę.
- Nie o to mi chodzi. Uważam, że wypracował pewien sposób postępowania, w którym nie musi wyrażać żadnego konkretnego stanowiska. Przebywa, podpisuje, zatwierdza, przecina, podejmuje decyzje, ale niejako bez publicznego personalnego zaangażowania. Bardziej wiadomo, kto z nim jest, z kim trzyma i kto na tym korzysta, niż jakie jest jego zdanie. Wydaje mi się, że mu to odpowiada. Taka rola Głowy, nad którą ktoś trzyma parasol, a ktoś inny kręci szyją:) - mozolnie dopracowywałem swoją wstępną i ad hoc tezę socjologiczną:).
- No to się nagadałeś, żeby nic nie powiedzieć – kolega ciął pejczem krytyki po moim konformizmie.
- A czegoś się spodziewał?. To nie jest człowiek, który zajmuje dużo miejsca w moich myślach. Poza tym sądzę, że to typowy przedstawiciel aparatu urzędniczego. Ja ten aparat doceniam zwłaszcza na niższym szczeblu zarządzania. Ale w sytuacji kryzysowej, jaką mamy teraz w Lubartowie, ten typ myślenia to obciążenie, które nie pozwala nam się rozwijać. Przykład pierwszy z brzegu: sortownia – celowo użyłem tego argumentu, by zniechęcić interlokutora przed dalszym nagabywaniem:).
- O właśnie - kolega nie zamierzał odpuszczać – przecież sortownia przeniesiona, Burmistrz odtrąbił sukces - rozmówca nie wykazał zrozumienia dla mego nastroju:).
- Dość już tej sortowni. Chociaż to ona dokładnie, według mnie, charakteryzuje styl sprawowania władzy przez Burmistrza: rozmawianie, konsultowanie, odciąganie, przeciąganie, nie podejmowanie w odpowiednim momencie decyzji. Do tego wykorzystano aparat samorządowy do utrzymania starej lokalizacji, nawet za cenę nieprawdziwych argumentów. Dopiero po fiasku ankiety, w której władza pokładała nadzieje, że się uda, zaczęto nieporadnie umizgiwać się do Gminy Lubartów. Rezultatem jest skrajnie niekorzystne dla miasta porozumienie, które dla mnie jest nieporozumieniem – niebezpiecznie zbliżałem się do stanu bulwersacji:).
- Spokojnie, okazuje się jednak, że masz jakieś konkretne zarzuty – kolega punktował celnie moją niezborność.
- Ale właśnie za niekonkretność. Weźmy choćby sprawę MOSiR-u – zręcznie przeskoczyłem na inną grządkę – pomysł dobry i od lat wymagający realizacji. Ale , o ile wiem, znawcy tematu liczyli, że miasto przejmie na siebie utrzymanie obiektów sportowych. Tutaj natomiast dołączono również szkolne obiekty sportowe tylko po to, według mnie, żeby stworzyć kilka stołków dla politycznej klienteli za pieniądze podatników. W dodatku Burmistrz Bodziacki używa też argumentów niewłaściwych, właśnie dlatego, że nie dysponuje odpowiednią, specjalistyczną wiedzą, albo właściwymi doradcami. Twierdzi np. w ostatnim „Lubartowiaku", że MOSiR w formie spółki prawa handlowego jest z gruntu zły, bo spółka musi pobierać opłaty od każdego użytkownika jej obiektów. Nie wie tym samym, że mogą istnieć nawet spółki kapitałowe, których celem nie jest osiąganie zysku, lecz zaspokajanie celów społecznych zapisanych w statucie, zgodnie z wolą założycieli takiego podmiotu. To są tzw. spółki non profit. Nie znaczy to, że ja akurat popieram dla MOSiR-u formę spółki. Pokazuję jedynie duże pokłady demagogii po obu stronach barykady – postanowiłem i przerwać wywód, i jednocześnie powymądrzać się:).
- Widzę, że ci dobrze idzie, jedź dalej – kolega starał się mnie ordynarnie podpuścić.
- No to weźmy umowę koalicyjną, którą podpisał również Burmistrz Bodziacki. Z rozpędu, uważam też, że i z arogancji, zapisano tam, że za jakiś czas wywali się z roboty sekretarza, żeby dać robotę Bielińskiej z Powiatu – ten tekst wrócił mi, jak mantra:).
- Coś ci się chyba pomerdało w główce. Tam pisało, że stanowisko sekretarza obejmie PiS; o Bielińskiej nie było mowy – kolega próbował poinformować, że zna art.23 kodeksu cywilnego:).
- Trzeba być skończonym obłudnikiem albo oportunistą, żeby nie wiedzieć, że podstawowym problemem personalnym tej lokalnej pec-komórki PiS-u jest sprawa znalezienia zajęcia dla niej. W dodatku dorobiono jej w Ratuszu staż i dopiero po tym wywalono sekretarza, który w międzyczasie przestał być stanowiskiem politycznym. Dopuszczam myśl, że nawet tego nie zauważyli. A przecież sekretarza można zwolnić na mocy obowiązujących przepisów. Po co ordynarnie zapisano taką gwarancję i wpuszczono w kanał własnych radnych i koalicjantów – doprawdy nie rozumiem tego w kategoriach racjonalnych – nie owijałem w bawełnę.
- Zaczynasz włazić w koleiny własnych fobii. Przegrałeś po prostu z szefową wybory i teraz wylewasz wokół żółć – rozmówca bez pardonu raził moje ego:).
- Nie dam sobie zamknąć buzi hipokryzją i pomówieniami – niebezpiecznie zmierzałem w kierunku filipiki - to nie jest wprawdzie temat na teraz, ale to po prostu nieprawda. Z Bielińską moje drogi rozeszły się już w kwietniu 2009 roku. Tylko dlatego startowałem z trzeciego miejsca, jako jedyny z tej anonimowej grupki (wszyscy oni załatwili sobie pierwsze miejsca), bo byłem lojalny wobec tej partii do końca kadencji. To w końcu oni, a nie ja, odesłali zasady do Warszawy. Powiem ci wręcz, że według mnie, w sporze politycznym o Polskę to Kaczyński ma rację, ale ta racja się nie przebije, bo na dole ma takich wykonawców, jak ta, pożal się Boże, pec – komórka. Prawda o tej grupce "szefów i szefowych" jest jeszcze gorsza, niż fakty znane opinii publicznej i które sam wolę zatrzymać dla siebie. Odnośnie szefowej, to dodam na marginesie anegdotę, że dlatego wściekłem się na jej znany mail do mnie, w którym szydziła, bym nie pomylił szefów z PSL, bo to nie kto inny jak ona zwracała się per „szefie" do ówczesnego starosty Mariana Starownika. Na co jej zwróciłem uwagę, że to jest niestosowne politycznie, by liderka partii koalicyjnej zwracała się do jej partnera politycznego w taki sposób. Oczywiście formalnie nie miałem nic przeciwko temu, by uważała go za szefa. W końcu sam do tego doprowadziłem:). Ale, ale dajmy już temu, póki co, pokój – chciałem zawrócić z martyrologicznej ścieżki:).
- To chyba nie wszystko, co do Burmistrza – kolega próbował niestrudzenie dokładać do kotła:).
- Aha, mam jakąś tam pretensję o publiczne grożenie mi przez niego krokami prawnymi za moją wypowiedź, że „w świetle śledztwa w sprawie przekrętów związanych z konkursem na sekretarza" nie powinien mówić o służeniu ludziom, czy coś tam takiego. Nie to, że pcham się do Sądu, ale uważam, że funkcjonariusz publiczny powinien bardziej ważyć słowa. Gdy coś obieca, powinien to zrealizować. Jedyne usprawiedliwienie dla niego widzę w tym, że ktoś mu dyskretnie wytłumaczył, by się nie wygłupiał – szukałem jakiejś polubownej argumentacji.
- Wyciągnąłem od ciebie wiele, ale to tak naprawdę niewiele – mój rozmówca wciąż nie rezygnował z gry „ na aferę":).
- Tak naprawdę, to ja wraz z mandatem Burmistrza Bodziackiego widzę inne zagrożenie dla lubartowskiego samorządu – wszedłem na cokolwiek delikatną nutę – nie jest tajemnicą, że ten Burmistrz jest niedwuznacznie kojarzony z kręgami kościelnymi. Sam, jako katolik, jestem z faktu, że lubartowski Laikat ma szansę sprawować władzę, bardzo zadowolony. Moje zadowolenie byłoby większe, gdyby przedstawiciele owego Laikatu byli bardziej aktywni i energiczni na forum publicznym i samorządowym. Tymczasem, moim zdaniem, milczą i są bierni. Przykładem choćby nieszczęśliwa debata na sesji w sprawie koncesji dla telewizji Trwam. Debata politycznie przegrana i zupełnie nieudolnie przeprowadzona przez radnych, przedstawicieli Laikatu. Wydaje mi się, że bardziej reprezentują oni w lubartowskim samorządzie grupę wsparcia Burmistrza Bodziackiego, niż środowisko katolickie, jako takie. Są przecież powiązani z nim personalnie jeszcze z poprzedniego samorządu, co samo w sobie nie jest niczym złym, ale pokazuje pewien obraz sytuacji. Obraz, w którym Laikat jest zaangażowany do obrony grupowego interesu władzy, a nie jako wzorzec do szerzenia wartości chrześcijańskich w życiu publicznym. Bowiem, gdyby tak było, to nie powinni się ograniczać w zasadzie tylko do podnoszenia rąk w posłusznych koalicyjnych głosowaniach. Zupełnie nie rozumiem dlaczego konserwatywni nauczyciele i zarazem szafarze nie pokazują aktywnie, że Polak- katolik jest inteligentny, wykształcony, wygadany, nie unikający publicznej obrony wartości – zrozumiałem, że ta sprawa zanadto mnie porusza.
- Zdajesz sobie sprawę, że ludzie nie chcą o tym mówić – kolega odsłonił swą zdolność do refleksji.
- No pewnie, że tak – ożywiłem się nieco, mimo spożycia drugiej filiżanki herbaty - ale to źle bowiem konsekwencje mogą być poważne. Bodziacki został Burmistrzem dlatego, że ludzie odrzucili sposób sprawowania władzy poprzedniego burmistrza. Wszyscy rzucili się do odrzucania, ale teraz rządzi nami egzotyczna koalicja, jak to ktoś żartem rzucił: lewicy pobożnej i lewicy bezbożnej. Taki związek, z natury rzeczy, rodzi pokusę skoku na kasę dla partykularnych potrzeb koalicjantów, zamazuje różnice ideowe i oddala konieczność niezbędnych reform w imię jedności. Stąd unikanie debaty programowej co do idei i sprowadzanie jej wyłącznie do technicznych detali. Ponieważ ci ludzie, z małymi wyjątkami, nie mają doświadczenia i niezbędnych kwalifikacji, wykonawczo wygląda to żałośnie. Ja sam, mimo, że uważnie się temu procesowi przyglądam, widzę tylko jakieś spektakularne, stołkarskie incydenty – czułem, że dotknąłem sedna sprawy.
- Chcesz powiedzieć, że rządzą nami amatorzy, którzy zrezygnowali z obrony wartości na rzecz popierania grupowego interesu klasy rządzącej – rozmówca zadziwił mnie swoją przenikliwością:).
- Jeszcze inaczej; chcę ci dać do zrozumienia, że jeśli Bodziackiemu się nie uda i dalej będzie panował, a rządzić będą nieudolni politrucy z jego najbliższego zaplecza, rwący miejską kasę i etaty dla siebie, to następną władzę w Lubartowie będą stanowić ludzie, którzy odrzucą taki siermiężny i obskurancki sposób uprawiania polityki. Już zresztą widać na horyzoncie zarzewie buntu młodych wobec dotychczasowej klasy politycznej – mam na myśli społeczny sprzeciw wobec ACTA. To będzie cena demokracji, którą zapłacą obywatele, a którym rachunek już piszą obecni włodarze miasta. Mam nadzieję, że się pomylą przy naliczaniu vatu:).
-


Kontakt: